O Cobie tytułem wstępu, czyli dlaczego w ogóle tam pojechałam…

Siadając do sporządzenia poniższego wpisu naszła mnie pewna refleksja – ”Dlaczego w ogóle zaczęłam opisywanie Meksyku – a dokładnie Jukatanu od Coby? Przecież wizytówką tamtego regionu jest Chichen Itza – nowy cud świata. Inne ruiny zaś bardziej zapadły mi w pamięć i noszą miano ulubionych. Dlaczego zatem Coba, która była zwiedzana w biegu, bez planu i wiadomości historycznych, które powinnam była wcześniej przyswoić? Dlaczego w ogóle zdecydowałam się tam pojechać mając do dyspozycji kilka innych stres archeologicznych?”

Odpowiedź na te pytania kryje się w przeszłości, więc przygotujcie się na chwilę tak zwanej ”prywaty”. Współcześnie trzydziestokilkulatkowie pamiętają zapewne animację ”Tajemnicze złote miasta” i przygody młodego Estebana zwanego ”Dzieckiem Słońca” (młodszym czytelnikom bloga zalecam zapoznanie się chociażby z jednym epizodem owego serialu). To właśnie za sprawą tej opowieści pokochałam historię i pierwszy raz zetknęłam się z kulturami Ameryki Prekolumbijskiej. Pamiętam, że jako dwunasto czy trzynastolatka zaczęłam czytać wszelkie opracowania historyczne dotyczące Majów, Azteków, Inków, Olmeków i wszystkich tajemniczych ludów, tak odmiennych od wszystkiego, co było mi wówczas znane.

Dlaczego Coba? Wiem, odpowiedź została nakreślona jak na razie bardzo mgliście – pora więc na wyjaśnienie zagadki! To właśnie w Cobie miałam możliwość spełnić jedno z marzeń dzieciństwa! Bezkarnie, zupełnie legalnie mogłam znaleźć się na szczycie piramidy i podziwiać widok z jej szczytu. Muszę przyznać rzeczywistość przeszła wszelkie oczekiwania! Stojąc na szczycie świata podziwiałam otaczającą mnie dżunglę, która zdawała się nie mieć końca. Korony drzew znajdujących dużo poniżej poziomu budowli zdawały się być jedynie miniaturami ustawionymi na ogromnej makiecie. To właśnie tam, na górnym podeście piramidy Nohoch Mul, tuż przed wejściem do świątyni, zyskałam nową perspektywę nie tylko na życie, ale też historię i ludzkie czyny dokonujące się na przestrzeni kilku ostatnich tysiącleci. Owszem, świat zachwyca się piramidami Egipcjan w Gizie, ruiny greckie i rzymskie stanowią niedościgniony wzór doskonałości i symetrii, ale to konstrukcje Ameryki Środkowej w moim odczuciu stworzone zostały w idealnej harmonii z otaczającą je naturą! Naturą, która potrafi upomnieć się o swoje prawa względem zagarniętych przez człowieka terenów i odebrać je na powrót, maskując dokonania bezimiennych budowniczych.

Piramida Nohoch Mul niejako bohaterka dzisiejszego postu (rys historyczny miasta, jak i pozostałe budowlę opiszę w następnym poście), wznosi się na wysokość 42 metrów nad poziom ziemi. Podobno jest to najwyższa tego typu konstrukcja na terenie całego półwyspu Jukatan, dodatkowo jako jedyna na świecie (przynajmniej tak twierdzi Internet, a ten jak wiemy z poprzedniego wpisu – kłamie!) dostępna jest dla turystów.

Cóż, łatwo powiedzieć (jeszcze łatwiej napisać), a trudniej dokonać tego w praktyce. Schody prowadzące na szczyt są dosyć strome, nadgryzione zębem czasu i wysokie! Jednym słowem trening na wakacjach! Nie mniej jednak w końcu możecie powiedzieć “Udało się!” Dotarliscie na szczyt, widzicie cudowny widok, z którym nie może równać się nic innego! Czujecie dumę i hormony szczęścia rozpływające się po całym ciele!

A potem uświadamiacie sobie, że jakimś cudem musicie również zajść na dół (niestety nie pomyślano o miejscach noclegowych w niewielkiej, kamiennej świątyni na szczycie piramidy). Pomocna okazuje się gruba lina przewieszona od góry do dołu na całej długości schodów, ale nawet z jej udziałem dostanie się na poziom ziemi może nastarczyć niemałych trudności. Zwłaszcza jeśli macie lęk wysokości (ja mam!).

Czy warto? Zdecydowanie TAK!

Przegapiłeś post “Jak dojechać do Coby…”? – Nic straconego, zajrzyj TUTAJ!

1 thought on “O Cobie tytułem wstępu, czyli dlaczego w ogóle tam pojechałam…

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *